Tego się nie da opowiedzieć
Relacje młodocianych więźniów niosą ze sobą emocjonalny ładunek z którym trzeba się zmierzyć, aby choć w części zrozumieć ich dramat. Wspomnienia ukazują skrajne przeżycia, jakich doświadczyli i o których opowiadali po latach. Poniższe świadectwa stanowią cenne źródło, które pomaga oddać realia tamtych okrutnych, wojennych czasów.
dward Anders urodził się w 1930 r. w Warszawie. Przed wybuchem II wojny światowej ukończył kilka klas szkoły powszechnej. Po wybuchu Powstania Warszawskiego w 1944 r. rodzina Andersów włączyła się do walki. Edward został powstańcem i przyjął pseudonim „Muszka”. Po aresztowaniu 31 sierpnia 1944 r., wraz z matką i bratem, trafił do obozu Stutthof. Miał wówczas 14 lat. W obozie otrzymał numer 77556. Przebywał w nim aż do ewakuacji w styczniu 1945 r. Wolność odzyskał w marcu 1945 r. w obozie ewakuacyjnym w Gęsi. Po zakończeniu wojny powrócił wraz z matką do Warszawy. Ukończył szkołę i został technikiem łączności. Przez wiele lat pracował jako wykładowca w Wojskowej Akademii Technicznej. Zmarł w 2021 r.
Było to piekło na ziemi. Funkcyjni postępowali z nami jak ze zwierzętami. Zostaliśmy pozbawieni odzieży, obuwia, zabrano nam nazwisk, dano numery. Mój numer obozowy był 77556 z wyrokiem pozbawienia wolności do końca wojny jako więzień polityczny. Trafiliśmy do bloku, gdzie blokowym był Emil. Człowiek chory psychicznie, który upodobał sobie znęcanie się nad ludźmi, a szczególnie nad ludźmi młodymi.
Warunki, jakie stworzyli nam Niemcy w Stutthofie, były tak ogromnie ciężkie, że ludzie, którzy wydawali nam się silni i sprawni, bardzo szybko umierali. Moi znajomi, którzy wydawali się ludźmi nie do pokonania, bardzo szybko stawali się tzw. muzułmanami. Było nam bardzo ciężko, poza tym brud, złe wyżywienie, ciężka praca. Bicie można wytrzymać, ale nie głód.
Wszy były takie, że widziałem jak się ubranie poruszało. Najwięcej wszy było na piersiach i na łonie. Raz w tygodniu było bicie wszy. Zdejmowano bieliznę i zabijano. Miałem kolegów i razem się wspieraliśmy. Miałem taki przypadek, że ten, który ze mną spał umarł w czasie nocy, do rana musieliśmy pozostać we dwóch na tym łożu śmierci.
an Brodziński urodził się w 1934 r. w Bydgoszczy. Pochodził z dobrze sytuowanej rodziny. W czasie okupacji Brodzińscy mieszkali w Warszawie. Po wybuchu Powstania Warszawskiego rodzice Jana zostali zatrzymani i wywiezieni na roboty przymusowe do Niemiec. W trakcie walk powstańczych zginęła jego siostra Teresa, a Jan wraz z bratem Antonim trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie, skąd 29 września 1944 r. przewieziono ich do obozu Stutthof. Tutaj Jan otrzymał numer 93792, a Antoni - 93017. Dzięki determinacji i odwadze matki oraz sprzyjającemu zbiegowi okoliczności gdańskie Gestapo wyraziło zgodę na zwolnienie obu chłopców z obozu, co nastąpiło 22 stycznia 1945 r. - zaledwie dwa dni przed ewakuacją więźniów. Decyzja ta ocaliła im życie. Po zakończeniu wojny Jan wraz z rodziną powrócił do Warszawy. W dorosłym życiu zdecydował się na emigrację do Kanady, gdzie założył rodzinę i mieszka do dziś.
ntoni Brodziński (ur. 1927 r.), brat Jana, niemal nigdy nie wracał wspomnieniami do obozowych doświadczeń. Wspominał jedynie, że przebywał w szpitalu obozowym oraz pracował jako tragarz w cegielni znajdującej się w pobliżu obozu Stutthof. Po wojnie mieszkał w Warszawie. Zginął tragicznie 9 maja 1987 r. w katastrofie lotniczej w Lesie Kabackim.
Do obozu przyjechaliśmy pod wieczór. Wysypanych z kolejki wąskotorowej, skierowano nas na duży plac obozowy. Widok drutów kolczastych, wieżyczek strażniczych, w oddali ujadające psy i krzyki sprawiły, że ogarnął mnie strach. Płakałem, długo nie mogłem się uspokoić. Zmęczony wreszcie usnąłem na piasku obozowego placu. Rano rozpoczęła się procedura przyjęcia do obozu. Zostałem rozebrany, ostrzyżony na łyso, umyty pod prysznicem, z którego kapała zimna woda. Ubrany w nie swoje, za duże ubrania stanąłem przed stołem do rejestracji. Ci, co za nim siedzieli, nie wiedzieli, co zrobić z chłopcem.
Zmorą obozową, przynajmniej dla mnie, były apele. Rano i wieczorem wymóg stania przed blokiem. Apel trwał od dwóch do czterech godzin, w zależności od szybkości policzenia wszystkich więźniów. Nie daj Boże, jak się któryś z więźniów zawieruszył lub uciekł, staliśmy bez końca. Zwłaszcza jesienią i w zimie, przy braku dostatecznie ciepłej odzieży, stanie na apelu stawało się katuszą.
Inną plagą było robactwo. Gryzły mnie wszy we dnie i w nocy. Walka daremna. Wieczorami wraz z innymi stawałem pod światłem na środku sztuby i biłem je w zdjętej koszuli, niewiele pomagało. W Wigilię Bożego Narodzenia musieliśmy się rozebrać do naga i owinięci w koc przebiec do drugiego baraku.
osef „Pepek” Salomonovic urodził się w 1938 r. w Ostrawie, w rodzinie czeskich Żydów. W czasie wojny mieszkał wraz z rodzicami i starszym bratem Michaelem (ur. 1933 r.) w Pradze. W 1941 r. cała rodzina została deportowana do getta w Łodzi. Po jego likwidacji trafili do obozu Auschwitz, a następnie - 3 września 1944 r. - do obozu koncentracyjnego Stutthof. Josef miał wówczas 6 lat, a jego brat 10. Otrzymali kolejne numery obozowe: 83620 i 83621. W Stutthofie zginął ojciec chłopców. W listopadzie 1944 r. Josefa z bratem i matką wysłano do obozu koncentracyjnego Flossenbürg, gdzie przebywali do końca wojny. Po jej zakończeniu powrócili do Ostrawy. Josef ukończył szkołę, został inżynierem, założył rodzinę i zamieszkał w Wiedniu.
Po trzech , czterech dniach zostaliśmy przewiezieni z Auschwitz do Stutthofu. Znów pod strażą, znów z wiadrem w środku. Każdy dostał kawałek margaryny, kawałek chleba i kiełbasę. Podróż trwała bardzo długo. Wiele osób zmarło ponieważ, jedli tylko kiełbasę. Potem zjedli margarynę i dostali biegunki i zmarli w tym wagnie.
W Stutthofie zostaliśmy rozdzieleni. Ojca i brata umieszczono w obozie męskim. Ja zostałem z matką w obozie kobiecym. To było straszne. Każdego dnia były apele. Musieliśmy stać na zewnątrz w zimnie. W ciągu trzech lat prawie wcale nie urosłem. Wypadły mi wszystkie mleczne zęby. Nowe nie chciały rosnąć. Bolały mnie całe usta.
iotr Łubieński urodził się w 1927 r. w Warszawie. Matka prowadziła dom, a ojciec miał zakład fryzjerski, w którym Piotr jako kilkunastoletni chłopak pracował dorywczo. W momencie wybuchu Powstania Warszawskiego Piotr był już zaangażowany w konspirację. Walczył w pułku Armii Krajowej „Baszta” i posługiwał się pseudonimem „Andrzej”. Po kapitulacji Mokotowa trafił do niewoli i został osadzony w obozie przejściowym w Pruszkowie, skąd 29 września 1944 r., przewieziono go do obozu koncentracyjnego Stutthof, gdzie otrzymał numer 93170. Miał wówczas 17 lat. Piotr pozostawał w obozie aż do jego końca jego istnienia. W kwietniu 1945 r. wziął udział w ewakuacji morskiej, znajdując się na barce, która w maju dotarła do Zatoki Lubeckiej. Po zakończeniu wojny Piotr, wraz z innymi byłymi więźniami, wyjechał do Szwecji na rekonwalescencję. Do Polski powrócił w grudniu 1945 r. Mieszkał w Elblągu, gdzie pracował i kontynuował naukę, a następnie wyjechał do Warszawy na studia. Założył rodzinę i przez wiele lat pracował jako dyrektor ekonomiczny w branży gazowniczej. Zmarł w 2022 r.
Piotr Łubieński (stoi drugi z prawej) z kolegami, byłymi więźniami obozu, Ystad Szwecja, lato 1945 r., fot. archiwum rodzinne
Przyszedł jakiś tam więzień funkcyjny i nas uczył. Po pierwsze, że mamy teraz numer, że mamy tego numeru nauczyć się na pamięć po niemiecku i na każde zawołanie przedstawiać się numerem, niczym innym. W ogóle się nie odzywać, jak się nie jest pytanym. Jak idzie Niemiec, trzeba mu zejść z drogi i stawać na baczność. W każdym razie uczono nas wszystkiego co obozowe. Komend niemieckich: „Mützen ab” (czapki ściągnąć), „Mützen auf” (czapki nałożyć), no, wszystko, co trzeba, no i jak się mamy zachowywać, jak się ustawiać na placu apelowym, no i wszystkich tych rzeczy, które więzień musiał umieć i co Niemcy, powiedzmy, od niego wymagali.
Moje gumiaki potem zhandlowałem za pajdkę chleba. A głodno było. Był jakiś chętny. Ładne takie buciki z cholewką. No więc zhandlowałem za pajdkę chleba. Chorowałem na zapalenie płuc. W czasie choroby nie stosowano żadnych lekarstw. Zabieg chirurgiczny dłoni miałem robiony bez znieczulenia.
Pracowałem w stoczni gdańskiej jako robotnik ładunkowy i krótko obsługiwałem młot pneumatyczny przy łodziach podwodnych. Uciążliwość tych prac dla ludzi młodych o nieukształtowanym jeszcze ostatecznie organizmie polegała na dźwiganiu ciężarów, na przykład 50- kg worków z cementem po trapach do wagonów i cały czas będąc narażonym na niekorzystne wpływy atmosferyczne.
zoszana Rabinowicz z domu Weksler urodziła się w 1932 r. w Paryżu, gdzie mieszkali i studiowali wówczas jej rodzice. W 1937 r. rodzina powróciła do Wilna, skąd pochodzili. Tam zastał ich wybuch wojny. Najpierw do miasta wkroczyły wojska sowieckie, a w 1941 r. - niemieckie. Wkrótce potem ojciec Szoszany został rozstrzelany w Ponarach. Szoszana wraz z matką trafiła do getta wileńskiego, skąd zostały deportowane do obozu koncentracyjnego Kaiserwald na Łotwie, a następnie, 1 października 1944 r., do obozu koncentracyjnego Stutthof. Szoszana miała wówczas zaledwie 12 lat. Aby zwiększyć jej szanse na przeżycie, matka poleciła jej podać zawyżony wiek i zmienić nazwisko. W dokumentach obozowych figurowała jako Rauch Susanna, lat 18, pod numerem 95383. W styczniu 1945 r. Szoszana wraz z matką wzięły udział w ewakuacji obozu. Wolność odzyskały w marcu 1945 r. w Tawęcinie, w jednym z obozów ewakuacyjnych, do którego wkroczyły oddziały wojsk sowieckich. Po wojnie zamieszkały w Łodzi. Tam Szoszana ukończyła szkołę. Jako młoda kobieta, w 1950 r., wyjechała do Izraela, gdzie założyła rodzinę. Zmarła w 2019 r.
Dzięki miłości jej serca i odwadze przeżyłam. Postanowiła też, bym zwracała się do niej po imieniu – Raja, a nie mama – bo to powinno być dla nas obu bezpieczniejsze! Nakazała mi tak mówić do siebie od razu, żebym się przyzwyczaiła. Szło mi niesamowicie trudno. Kiedy mówiłam do niej Raja, stawałam się jej koleżanką i czułam się trochę starsza. A miałam tylko 12 lat!
Następnie szereg za szeregiem wchodziłyśmy do biura komendantury – Schreibstube, by zarejestrować się. Wzorowy porządek, każda z nas wypełniała i podpisywała formularz i jakieś kwestionariusze. Mama kazała mi się zapisać pod nazwiskiem Rauch, takim samym jak ona i Dolka. Musiałam napisać, że urodziłam się w Białymstoku, a nazwisko matki było takie samo jak matki Dolki. Dzięki temu oficjalnie nie mogłam być córką mojej mamy – ona nazywała się przecież Raja Indurski. Mama też zmieniła swoje dane i podała, że jest młodsza o dziesięć lat. Ja miałam osiemnaście, Dolka dwadzieścia, a Raja trzydzieści. Wszystkie w wieku dającym „prawo do życia”.
Chłód, mróz, dookoła zmarzlina, szron na ciele – żadne z tych słów nie może opisać tego, co czułam, kiedy stałam naga w nocy z 25 na 26 stycznia 1945 r. Godzinę wcześniej wyprowadzili nas z łaźni, krzycząc: „Raus! Raus!” (wychodzić!), pałkami wypędzając nas z ciepłego, wilgotnego pomieszczenia, gdzie brałyśmy prysznic. Prysznic był jak zwykle albo zimny, albo gorący, a głównie za krótki. Potem nagle otworzyły się drzwi i do wnętrza wdarł się wiatr, niosąc za sobą śnieg i lód. Żadna z nas nie chciała wychodzić na zewnątrz, gdzie panowała ciemność i okropny ziąb. Szybko stanęłyśmy jedna przy drugiej, mokre, nagie i bose. Osiadał na nas szron. Raja, jak zawsze, szukając jakiejś rady, zaczęła mnie wpychać do środka, między inne kobiety. Raja zabraniała mi stać bez ruchu, popędzała, żebym nieustannie skakała z nogi na nogę, nie zostawiała zbyt długo nóg na lodzie. Wciąż nie wiedząc, po co mam się tak ruszać, poczułam nagle, że stopa zostawiona trochę dłużej w spokoju przyklejała się do lodu, po prostu przymarzała. Nagle załamałam się. Nie da się opisać tego mrozu!
azimierz Kobierski urodził się w 1929r. w Warszawie. W dzieciństwie stracił ojca i wychowywał się pod opieką matki. Miał starszego brata Zbigniewa, który zaopiekował się nim kiedy matka zginęła w Powstaniu. Kazimierz brał udział w walkach na Mokotowie. Po kapitulacji dzielnicy został, wraz z bratem, aresztowany i osadzony w obozie przejściowym w Pruszkowie. Stamtąd, 29 września 1944 r., trafił do obozu Stutthof. Otrzymał numer 93221. W październiku tego samego roku został przeniesiony do obozu koncentracyjnego Neuengamme. Jego brat pozostał w Stutthofie. Kazimierz doczekał końca wojny w KL Neuengamme. Obóz ten w kwietniu 1945 r. został wyzwolony przez oddziały brytyjskie. Kazimierz do Polski powrócił w 1947 r. Zamieszkał w Koszalinie i założył rodzinę.
W barakach były trzypiętrowe łóżka drewniane, każdy miał siennik, koc i poduszkę ze słomy. Zimą, jak było chłodno, spaliśmy we dwóch, łączyliśmy dwa koce, żeby było cieplej. Było niebezpieczeństwo, że zobaczy to sztubowy albo blokowy. Bili za to. Wołali po numerze. Jak ktoś nie znał swojego numeru po niemiecku, dostawał za to baty.
Miałem szczęście, że nie byłem w szpitalu. Ze szpitala też się często nie wychodziło. Ratowaliśmy się fusami z kawy. Jedliśmy je i to powstrzymywało rozwolnienie.
Niemcy wybierali ślusarzy. Brat się zgłosił razem z kolegą. Sprawdzali, kto i jak posługuje się narzędziami. Dali pilnik i kazali piłować. Brat miał jako takie pojęcie. Ja też chciałem się tam dostać, ale ja nie umiałem tego pilnika utrzymać i pokazać, że jestem obeznany w ślusarstwie. Dostałem kopa i zostałem wypędzony z kolejki. Brata zabrali z tym kolegą i wywieźli do Zamechu. To było w Elblągu. Ja zostałem sam zrozpaczony, że zostałem pozbawiony oparcia.