„Miałem szczęście, że nie byłem w szpitalu”

Szpital obozowy cieszył się złą opinią wśród więźniów. Nie pełnił on funkcji lecznicy w rozumieniu medycznym, lecz służył przede wszystkim izolowaniu chorych od osób względnie zdrowszych. Warunki leczenia były skrajnie ograniczone z powodu niedoboru leków oraz środków opatrunkowych. Szpital mieścił się w wyodrębnionych barakach, oddzielnych dla mężczyzn i kobiet, a nadzór nad nim sprawował niemiecki lekarz naczelny, będący członkiem załogi obozowej. Funkcje lekarzy i personelu medycznego pełnili więźniowie.

Dolegliwości fizyczne dotykały praktycznie każdego osadzonego. Najczęściej występowały urazy mechaniczne, choroby układu pokarmowego, schorzenia skóry (m.in. flegmona – ropowica) oraz choroby zakaźne, takie jak tyfus. Brak właściwej opieki medycznej oraz odpowiednich warunków sanitarno-higienicznych powodował, że nieleczone dolegliwości często prowadziły do śmierci. Szczególnie narażeni na choroby byli więźniowie młodociani, u których następstwa chorób miały wyjątkowo ciężki przebieg.

W listopadzie 1942 roku po apelu wieczornym wystąpiła u mnie temperatura 40°C, co upoważniło przyjęcie do rewiru. Leżałem w łóżku nakryty jednym kocem przy otwartych oknach i drzwiach. Po dwóch dniach temperatura spadła do normalnej. Wtedy zacząłem kostnieć na skutek zimna. Przed zamarznięciem uchroniła mnie życzliwość księdza Mariana Barcikowskiego17, który umieścił mnie na oddziale zakaźnym „tyfus”. Jako najsilniejszy, pomimo wyczerpania pomagałem przy utrzymaniu porządku, zaopatrzeniu i wynoszeniu zmarłych. Opisanie w kilku zdaniach wrażeń z tego oddziału jest niemożliwe. (Józef Kwiatkowski, lat 16)

Jednego razu spuchła mi twarz. Wypadła mi plomba i bolał mnie ząb. Nasz blokowy miał zwyczaj nas młodocianych stawiać w pierwszym rzędzie, żeby mu było wygodniej liczyć. Dlatego też nie mogłem się ukryć z moją spuchniętą twarzą. Powiedział, że po apelu pójdę do dentysty. Jak to wszyscy usłyszeli, patrzyli na mnie zlitością, jak na kogoś, kto idzie na tamten świat. Bo jak to? Nagle, wobozie, ktoś pójdzie do dentysty? Wiedziałem, że idę do krematorium, ale co mogłem zrobić? Zaraz po apelu, blokowy kazał kapo, żeby mnie zaprowadził na rewir. Kiedy przyszedłem na rewir, zastałem tam jakiegoś chirurga, niemieckiego Żyda. Jak usłyszał, że ma mi wyrwać ząb, zaczął mówić do siebie, skąd on weźmie ein Hoebel, to jest narzędzie, które podważa korzeń zęba. Zaczął się rozglądać za odpowiednimi narzędziami, 147 a mnie kazał usiąść na zwykłym krześle. Chirurg znalazł w końcu jakieś obcęgi do wyrywania zębów, ale jak się okazało, były one o jeden numer za wielkie w stosunku do mojego zęba. Za każdym razem jak łapał ząb, ten wyślizgiwał mu się, a ja już nie mogłem wytrzymać z bólu. Poza tym nie miałem nadziei, że wyjdę stąd żywy. Krzyczałem jak opętany. Chirurg dawał mi w gębę i kazał milczeć. W końcu nie udało mu się wyrwać zęba. Całą twarz miałem zalaną krwią i ropą, która wychodziła z zęba. Powiedział, że nic więcej nie może zrobić. Teraz czekałem na esesmana, żeby mnie zabrał do pieca. Zamiast niego przyszła jakaś esesmanka. Chirurg powiedział jej, że wyrwał mi ząb i że ma mnie zabrać z powrotem do mojego bloku. (Chaim Kozienicki, lat 16)

W Stutthofie byłem w rewirze. Miałem flegmonę w nodze i zapalenie gruczołów potnych pod pachą i miałem operację. Doktor Jasiński16 ciął mi nogę i przecinał pod pachą takie jajo. Obok mnie leżał na rewirze student polskiej politechniki w Gdańsku i on pięknie śpiewał i nigdy nie zapomnę, jak śpiewał Tango dla mojej matki i ja pamiętam, że wtedy, jak on to śpiewał, to ja płakałem. (Karol Gdanietz, lat 16)

Przewijanie do góry